Westchnąłem patrząc na brata.
-Znów wieje od Ciebie chłodem.
-Ciesz się, że nie brudną skarpetą. - Przez mój nos przeleciało głośno powietrze w efekcie drwiny, towarzyszył temu również śmiech.
-No to co, jutro o dwunastej przejdziemy się po ojca i zmykamy do góry?
-Myślisz, że ten plan wypali?
-Nie mając w siebie wiary, nie będziesz potrafił wygrać. - Mruknąłem pod nosem.
-A co z Księżniczką?
-Yo się nią zajmie, a reszta pewnie też.
-Yo? Ten aniołek ze strzałą? Dobrze, że amorem nie jest.
-Tylko on wie, czego chcę. No tak jakby. Dobra.
-O wilku mowa. Uwwrr...- Pojawił się Yo w moim pokoju. Rycerz piekieł wraz z aniołem pod jednym dachem to gwarantowana kłótnia, jednak coś kazało nam do Yo zmienić stosunek.
-Szybko, Lenny... Avalon.. dzwoń po pogotowie! - Wybiegł z pokoju. Odruchowo zadzwoniłem po karetkę. Gdy czekałem na słowa, że mogę się rozłączyć zobaczyłem ranną Avalon.
-Yo, Sammy... jeśli zbadają jej krew, mogą być kłopoty. - Chłopcy spojrzeli się na siebie. W krótkim czasie pojawiła się pomoc.
Czekałem z przyjaciółmi na poczekalni. Krążyłem wokół, nie mogąc opanować emocji. Poczułem niepokój z jednej strony. Spojrzałem w stronę Olivii. Czułem nieprzyjemną energię. Podszedłem do niej, a ona wstała. Ujrzałem w jej oczach siebie, swoje lśniące oczy.
-To ty?
-Ta suka sobie zasłużyła!
-Czym? - Rękoma przytrzymałem ją przy ścianie.
-Widzę jak na Ciebie patrzy, widzę!
-Coś Ci się wydaje... zazdrośnico. - Puściłem ją.
-Co ona ma w sobie czego ja nie mam?! - Nie żałowała ataku na.Avalon. Było to widać po jej oczach. Nadal nie rozumiałem jej pytania. Nic mnie nie łączyło z córką Victora. Poczułem w głowie przypływ krwi.
-Chuj Ci do tego, nic mnie z nią nie łączy. NIE MIAŁAŚ PRAWA JEJ TAK.POTRAKTOWAĆ! - Ryknąłem. Echo mojego głosu przeszło korytarzem szpitala. Za jednym razem moja czaszka zamieniła się w pysk wilka. Ciało pokryło się futrem. Ręce stały się potężnymi, naprężonymi łapami. Nie mogąc się opanować wciąż się przemieniałem w wilka. Olivia patrzyła na mnie z przerażeniem. Stanąłem na dwóch łapach, byłem dwa razy większy od niej. Już miałem się na nią rzucić, gdy.przede.mną pojawił się Yo z gotowym do strzału, łukiem. Moje.źrenice były rozszerzone na całą szerokość. Dopiero gdy Yo przestrzelił mi na wylot ucho wybiegłem z szpitala potracając innych ludzi. Wiedziałem, że Yo nie chciał mnie skrzywdzić...
Sammy został w szpitalu. Pewnie tak jak ja nie wiedział co zrobić. Zatrzymałem się przed jakimś budynkiem. Dookoła mnie zbierali się ludzie. Rozgladałem się szukając wyjścia z tłumu. Podszedłem do nich i zacząłem warczeć. Przerażeni uciekli.
Wróciłem do domu Olivii. Z czasem się uspokoiłem. Przed północą wrócili ze szpitala. Siedziałem w kuchni, przy herbacie i fajce. Zerknąłem w bok.
-Lenny, powinniśmy stąd odejść. Niech tylko Avalon dojdzie do siebie.
-Sammy... To moja wina. Gdzie Olivia?
-Poszła z Yo do Sue. Wytłumaczy im wszystko.
-Chciałeś zabić ją? -Wtrącił się Michael..-Ki...kim ty w ogóle jesteś? - Milczałem, spalając do końca skręta. Po chwili Gage odważył się odezwać...
-Potworem. Mieszkamy tyle lat... A.tu taki cyrk?! Sammy czy ty też....?
-Yhm... W sumie spodziewałem się gorszej reakcji.
-Dobra, zamknijcie się. Jutro pójdziemy do Pekkolay'a. Avalon dojdzie do siebie po kilku godzinach.
-Kim ona jest? Kim wy jesteście? - Jęknął Sam. Wszyscy wstrzymali oddech...
-Księżna Avalon, córka Victora, potomek magicznych istot. Niedoszła władczyni piekła. Ja i on, jesteśmy synami Rycerza Niebios. Zesłanymi na służbę w piekle. Chcący się uwolnić od rządów Victora. Pokonać w raz Pekkolay'em go.
-A awantura w szpitalu... Ty i Avalon...?
-Nie. Kurwa. - Zepchnąłem ręką szklankę na ziemię. Wyszedłem z pomieszczenia. Zamieniłem się przy.nich w wilka i odbiegłem w stronę jakiejś polany.... Tuż za mną pędził Sammy.
Avalon? Krótkie? ;d
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz